El Nido bramą do raju

El Nido bramą do raju

Z czym kojarzy Wam się raj? Czy może z pięknymi białymi plażami oblewanymi krystalicznie czystą wodą ? Małymi skalistymi wysepkami obrośniętymi gęstymi gajami palmowymi? Czy ukrytymi pomiędzy imponującymi, ogromnymi klifami lagunami w których woda mieni się wszystkimi odcieniami turkusu i błękitu? Brzmi cudownie? Nie ma się więc co dziwić, że wyspa Palawan przyciąga tak wielu podróżników spragnionych rajskich widoków.

Każdego roku do niewielkiego miasteczka El Nido przybywają tłumy, aby podziwiać okoliczne piękno przyrody. I choć samo miasteczko urodą nie grzeszy to z pewnością można je nazwać „bramą do raju”. To właśnie z zatoki El Nido Bay codziennie odpływają tradycyjne filipińskie łódeczki w stronę rajskich wysp archipelagu Bacuit. Ale zanim przejdziemy do cudownych widoków opowiedzmy choć trochę o samym El Nido. To niewielkie miasteczko, a raczej można by powiedzieć większa wioska do najpiękniejszych z pewnością nie należy. Głośne, tłoczne, ale za to bardzo malowniczo położone pomiędzy ogromnymi skałami porośniętymi dżunglą. Sama zatoka El Nido Bay również nie powala pięknem. Szaro bury piasek, mnóstwo zacumowanych łódek, a odcień wody daleko odbiegający od pocztówkowych obrazków. Czasami aż trudno sobie wyobrazić, że tuż za ogromną skałą, dosłownie rzut beretem, znajdują się piękne, białe piaski oblewane przez cudownie błękitną wodę zachęcającą do kąpieli.

W samym El Nido oraz na jego obrzeżach znajduje się mnóstwo knajpek, biur oferujących wycieczki oraz hoteli i guesthousów. Ogólnie ceny tutaj są wyższe niż w innych rejonach Filipin, a standard niższy. Ciepła woda to dobro luksusowe, często zdarzają się przerwy w dostawie prądu, a o internecie można w sumie zapomnieć. Niby jako taki miejscami jest, ale podczas naszego pobytu podziałał jedynie w pierwszy dzień. A co z tym prądem? Pewnej nocy obudził nas przeraźliwy huk.😱 Hałas taki jakby świat się kończył. Okazało się, że zabrakło prądu, a obsługa naszego hoteliku odpaliła generator. Pobudzili tym z pewnością wszystkich gości i całą okolicę😅 jednak bez prądu i stale włączonego wiatraka pewnie byśmy się z gorąca udusili w tym malutkim pokoiku. Oprócz mnóstwa hotelików w samym El Nido, spora część znajduje się jeszcze jakieś dwa kilometry przed samym miasteczkiem przy plaży Corong Corong.

Chcąc uniknąć zatłoczonego El Nido wybraliśmy na swoje lokum tani pensjonat właśnie tu z tą myślą, że napewno będzie tu spokojniej. Nic bardziej mylnego. Gwar i drogowy ruch rozpoczynał się tu już od samego świtu. Szczególnie przy samej głównej drodze, gdzie już ze wschodem słońca otwierały się sklepiki, ożywał znajdujący się po przeciwnej stronie od naszego hotelu wielki spożywczy market, a po drodze pędziły hałaśliwe tuk tuki. O kogutach, które pieją 24 na dobę nie wspomnę 😛 Przy samej plaży było zdecydowanie spokojniej. Co prawda nie było to zbyt dobre miejsce na plażowanie czy kąpiele, ale popołudniami fajnie tu było przysiąść przy szklaneczce rumu podziwiając zachód słońca. Jeżeli planowalibyście kiedyś pobyt w El Nido to polecamy zatrzymać się nieco dalej na południe przy Las Cabanas Beach. To zaledwie kilka kilometrów od samego centrum, ale widoki i plaża znacznie ładniejsze. Miękki, jasny piasek, palmy kokosowe i kilka fajnych, klimatycznych knajpek z przyjemną muzyką. Wakacyjny i relaksujący klimat. Las Cabanas to z pewnością najlepsza miejscówka w najbliższej okolicy El Nido.

A teraz przejdźmy do tego co przyciąga tu tak wielu turystów, do rajskiego archipelagu Bacuit😍. Cały archipelag liczy aż 45 wysepek, które skrywają bajeczne plaże, przepiękne ukryte laguny, imponujące skaliste klify obrośnięte dżunglą, a nawet jaskinie. Całość oblewają krystalicznie czyste wody skrywające na dnie rafy koralowe pomiędzy którymi przepływają wielobarwne ławice ryb. Aby zobaczyć to całe piękno i wypoczywać na rajskich, białych plażach archipelagu wystarczy wybrać się na całodniową wycieczkę łodzią, która jest tutaj najpopularniejszą atrakcją. Do wyboru mamy 4 opcje, nazwane kolejno alfabetycznie A,B,C i D. Każda z nich oferuje kilka różnych atrakcyjnych miejsc. Która z nich jest najlepsza? Tego nie wiemy, ale jesteśmy pewni, że na każdej widoki będą bajeczne. Jeżeli mielibyśmy dużo czasu pewnie skusilibyśmy się na wszystkie. Jeżeli jednak tak jak my nie macie tego czasu zbyt wiele fajną opcją jest skorzystanie z tzw. combo tour, czyli połączenia miejscówek z dwóch oferowanych wycieczek w jeden dzień. Oczywiście możecie dołączyć do zorganizowanej wycieczki lub też wynająć prywatną łódź tylko dla siebie. Jeżeli podróżujecie w grupce to zdecydowanie polecamy tą drugą opcję. Więcej swobody, bez ścisku i to wy decydujecie ile czasu chcecie spędzić w danym miejscu. My po przeczesaniu internetu w poszukiwaniu opinii, poszliśmy za głosem większości i zdecydowaliśmy się na prywatny Combo Tour A i C. Na łódce okazało się jednak, że dzisiejszego dnia opcja C nie jest możliwa z uwagi na warunki pogodowe i oznajmiono nam, że popłyniemy według planu zawartego w pakiecie A i B. I tak chwilę po 9.00 wypłynęliśmy z zatoki El Nido Bay w kierunku pierwszego miejsca, przepięknej plaży Seven Comandos, której nazwa wzięła się podobno od siedmiu żołnierzy, którzy podczas drugiej wojny światowej utknęli tu na wyspie. Plaża o miękkim, jasnym piasku, gąszczu palm kokosowych i błękitnej wodzie obmywającej jej brzeg prezentowała się wręcz cudownie w momencie kiedy zbliżaliśmy się do niej z kierunku wody.

Na brzegu jednak czar trochę prysł. Choć w dalszym ciągu było bardzo ładnie, to jednak stragany i sklepiki psuły wizerunek tego miejsca. Seven Commandos beach jest bardzo popularną plażą i przyciąga wielu, dlatego czasami może się tu zrobić dość tłoczno.

Tuż obok za skałką znajduje się kolejna plaża, trochę mniejsza ale chyba jeszcze piękniejsza i na dodatek nie tak oblegana przez turystów. Sami popatrzcie jak rajsko prezentuje się z góry😍

Po krótkiej przechadzce brzegiem i zrobieniu paru zdjęć wróciliśmy na łódkę. Przed nami w programie dnia jeszcze przecież tyle innych miejsc. Opuściliśmy plażę i skierowaliśmy się w kierunku Miniloc Island, która skrywa w sobie prawdziwe cuda natury… bajecznie piękne laguny. Ponadto w drodze z oddali mijaliśmy najdroższy i najbardziej luksusowy resort w okolicy z uroczymi domkami na wodzie. Ach… chciało by się tu pomieszkać choć na chwilę 😉 Dopłynęliśmy do miejsca w którym kłębiło się mnóstwo łódek. Aby zobaczyć ukryte pomiędzy skałami laguny trzeba przepłynąć wąską szczeliną. Możliwe jedynie kajakiem lub wpław. I chociaż jestem dość dobrym pływakiem nie zdecydowałabym się. Zbyt duży natłok kajaków i łódek, nie trudno by dostać z wiosła w łeb:P

Kajaki podobno można rezerwować wcześniej, jeszcze przed wypłynięciem z El Nido i wychodzi to taniej, ale my jakoś o tym nie pomyśleliśmy. Bez problemu wypożyczyliśmy kajaki na miejscu ( 400 peso ) i przepływając między skałkami znaleźliśmy się w pięknej, zamkniętej lagunie otoczonej wysokimi skałami.

Płytka, krystalicznie czysta woda, przybierała rożne odcienie błękitu. Mimo natłoku turystów było tu przepięknie. Small lagoon, bo tak ją nazywają, zrobiła na nas ogromne wrażenie, a widoki z drona iście bajeczne.

Tuż niedaleko znajdowała się Big Lagoon, do której jako nieliczni wpłynęliśmy łódką, nie raz uderzając o skałki których wierzchołki wyłaniały się z wody. Ale załoga naszej łajby nie dawała za wygraną i najmłodszy z ekipy musiał kilkakrotnie wskakiwać do wody, aby podnieść ramiona łodzi ponad skałą. Pomalutku dotarliśmy do samego serca laguny. Cisza, spokój i cudowne widoki.  Nie było tu już tak tłoczno, a niesamowicie ciepła woda przybierała ciemne odcienie zieleni.

Było pięknie, choć chyba nie tak bardzo jak w Small Lagoon. Nie mniej jednak uważamy że obydwie laguny to zdecydowane „must see” jeżeli kiedykowiek zawitacie do El Nido.

Po wypłynięciu z laguny i oddaleniu się od Miniloc Island przed nami rozpościerały się widoki na nieco wzburzone morze i wystające z wody skaliste wyspy. Przy jednej z maleńkich, przepięknych, dzikich plaż na Shimizu Island zacumowaliśmy w przerwie na lunch. Kiedy załoga łódki przygotowywała dla nas posiłek my odpoczywaliśmy na prawdziwie rajskiej plaży o drobnym jak mąka białym piasku.

Nie byliśmy tu jednak sami, a oprócz garstki innych turystów spostrzegliśmy przechadzającego się piaskiem wzdłuż skały warana. Wielki jaszczur pewnie wyczuł jedzonko, jednak kiedy poczuł nasz wzrok na sobie szybo skrył się gdzieś w gęstwinie. Po pewnym czasie na plaży wystawiono stolik na którym podano nam lunch. Ryż, mięsko, sałatki warzywne i starannie pokrojone i udekorowane owoce, a na samym środku składany łabędź wycięty z jabłuszka. Wszystko smaczne i starannie podane👌 Po odpoczynku i napełnieniu brzuszków ruszyliśmy dalej. Kolejnym punktem była Snake Island, malutka wysepka z charakterystycznym „sand bankiem”, czyli długim pasem piasku ciągnącym się aż na przeciwległy brzeg sąsiedniej wyspy. Niestety Snake Island nie zrobiła na nas wrażenia. Dlaczego? Dlatego, że dotarliśmy do niej w nieodpowiednim czasie. Woda zdążyła podnieść się na tyle wysoko, że po ogonku węża pozostał jedynie zarys dostrzegalny pod taflą wody. Weszliśmy na najwyższy punkt wyspy, aby zobaczyć ją w całej okazałości. Z pewnością widok byłby o wiele ładniejszy podczas odpływu.

Kolejnym przystankiem na trasie była plaża przy której znajdowała się jaskinia o nazwie Cudugnon Cave, która jak stwierdzono ma wartość archeologiczną, gdyż odnaleziono w niej kości oraz biżuterię i ceramikę pochodzącą z czasów dynastii Sung ( 960-1279 p.n.e.) Antropolodzy uważają, że mieszkańcy jaskini pochodzili z Borneo i podróżowali przez starożytny most lądowy łączący Palawan z Borneo. A co do samej jaskini, to z pewnością robi wrażenie. Aby dostać się do jej wnętrza trzeba przedostać się przez dość mały otwór. Jaskinię na dzień dzisiejszy zamieszkują owadożerne nietoperze które ukrywają się w jej szczelinach.

Ostatnim przystankiem przed powrotem do El Nido była prawdziwa perełka… Pinagbuyutan Island.  I choć byliśmy na niej dnia poprzedniego to i tak warto było się tu zatrzymać raz jeszcze. Jak dla mnie ta skalista wyspa z palmowym gajem i piękną piaszczystą, koralową plażą jest chyba najpiękniejszym miejscem jakie widziałam na Filipinach. Absolutnie zjawiskowa😍 Takiego cudu natury nie wolno ominąć.

Cieszę się, że przypłynęliśmy tu specjalnie dzień wcześniej, bo po południu kiedy wycieczki kończą swoją trasę jest tu zdecydowanie więcej ludzi. Chociaż i tak nie było ich tak wiele, a spodziewałabym się w tak pięknym miejscu raczej większych tłumów. Nie mniej jednak Pinagbuyutan Island jest absolutnym „must see”, a dla mnie moim osobistym wizerunkiem raju 🙂

Około 16 wróciliśmy do El Nido. Cała wycieczka trwała więc niecałe 7 godzin. Ogólne wrażenia bardzo pozytywne, a większość miejsc na trasie absolutnie przepiękne. Co prawda chyba ominęliśmy pewną plażę, która widniała w programie B, ale nic nie szkodzi. Combo tour trwa tyle samo godzin co pojedynczy tour więc trochę ciężko jest być w tych wszystkich miejscach i tym samym uniknąć nieustannego pośpiechu. Przecież nie o to w tym chodzi. Gdybyśmy mieli więcej czasu z pewnością skusilibyśmy się na zobaczenie pozostałych miejsc archipelagu Bacuit. Może kiedy indziej, bo z pewnością jeszcze na Palawan kiedyś wrócimy.

Informacje praktyczne:

Jak dostać się do El Nido:

Opcja 1 Szybsza ale droższa: Bezpośredni lot z Manili do El Nido liniami Air Swift

Opcja 2 Dłuższa ale tańsza: Lot z Manili do Puerto Princessa liniami Air Asia, Cebu Pacific lub Philippine Airlines + autobus/van do El Nido ( 5-6 h jazdy)

Niestety opcja pierwsza potrafi być aż trzy razy droższa, dlatego wiele osób ( w tym my ) decyduje się na bardziej czasochłonną lecz znacznie tańszą opcję nr 2.

Ceny wycieczek:

  • Oficjalne ceny za zorganizowane wycieczki: Tour A – 1200 peso, Tour B – 1300 peso, Tour C – 1400 peso, Tour D – 1200 peso
  • Cena jaką płaciliśmy za prywatny combo tour A i B – 7500 peso za łódź na 5 osób, lunch wliczony w cenę
  • Wypożyczenie kajaku przy Small Lagoon – 400 peso

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *