5 lat temu docierając małą łódeczką do wybrzeży Komodo i Rinca czuliśmy się niemal jak odkrywcy. Oprócz naszej łupinki zacumowana była tu tylko jedna niewiele większa łódka, a przemierzając wraz z przewodnikiem dzikie tereny wysp w poszukiwaniu słynnych smoków nie spotkaliśmy zbyt wielu śmiałków, którym przyszłoby do głowy, aby stanąć z bestią oko w oko 😉 Podczas dwudniowego rejsu po wodach otaczających wyspy Parku Narodowego Komodo przeżyliśmy wspaniałą przygodę, ale ominęliśmy też kilka cudownych miejsc, o których istnieniu nie mieliśmy wtedy pojęcia. Planując trasę tegorocznej podróży po Indonezji wpadliśmy na pomysł, aby na Flores wrócić. I mimo, iż byliśmy świadomi, że nieco się tu zmieniło, zapragnęliśmy raz jeszcze przeżyć tą wspaniałą przygodę i zobaczyć miejsca, do których wtedy nie udało nam się dotrzeć.

Zjawiskowa wyspa Padar😍

Łodzie na Komodo wypływają z przystani w niewielkim miasteczku Labuan Bajo na Flores. Tuż za miastem znajduje się lotnisko. Kiedyś zaledwie malutka chatka, będąca zarówno halą przylotów i odlotów, a dziś elegancki, nowoczesny budynek.  Bezpośrednie loty na Flores odbywają się z Bali kilka razy dziennie. Tym razem przylecieliśmy totalnie w ciemno. Kiedyś zważywszy na to, że była to nasza pierwsza tak daleka, samodzielna podróż, wszystko mieliśmy z góry załatwione.Tym razem byliśmy przekonani, że uda nam się załatwić taki rejs od ręki zaraz po przylocie. Miejscowych biur organizujących wycieczki przez ostatnie lata bardzo się namnożyło. Nawet w szczycie sezonu, który przypada tu na nasze lato, nie było większego problemu, aby z dnia na dzień znaleźć prywatną łódź lub dołączyć do już zorganizowanej wycieczki. Problemem okazała się jednak cena😅 Prawdę powiedziawszy nie spodziewaliśmy się, że będzie tak drogo. O tyle o ile zorganizowane wycieczki grupowe są w atrakcyjnych cenach, to za wynajęcie prywatnej łodzi tylko dla siebie i to na już, trzeba zapłacić ładnych kilka milionów💰 W każdym kolejnym biurze cena jaką usłyszeliśmy była jeszcze wyższa od poprzedniej😕. Nieco zrezygnowani, wróciliśmy do jednego z pierwszych miejsc. Tu poznaliśmy młodego chłopaka o imieniu Toyan, z którym ostatecznie dogadaliśmy szczegóły i wynegocjowaliśmy ostateczną kwotę. Stanęło na 5.5 milionie rupii za dwudniowy rejs tylko dla naszej dwójki. Następnego dnia po wczesnym śniadaniu o wschodzie słońca byliśmy spakowani i gotowi na przygodę 😀  Toyan płynął z nami, a że akurat dziś obchodził urodziny, popłynęła z nami Santi, jego młodsza siostra.  Wyobrażacie sobie, że 16-letnia dziewczyna jeszcze nigdy wcześnie nie widziała smoka😳.  Andika…. tak nazywała się łódź, którą wypłynęliśmy w stronę Komodo. W porównaniu do łupinki kołyszącej się na większych falach, którą płynęliśmy pierwszym razem, była wielka.

Szczerze, nie spodziewaliśmy się takiej przestronnej łodzi. Andika z powodzeniem mogłaby zabrać na swój pokład i przenocować około 10 osób. Dla nas samych była super i pomimo silnego wiatru, który towarzyszył nam tego dnia nawet nie kołysało na niej zbyt mocno. Od razu zajęłam miejsce na dziobie wystawiając twarz do słońca. Było przyjemnie 🙂 Po pewnym czasie od opuszczenia portu przed nami zaczęły rozpościerać się porośnięte wysuszoną (jak na tą porę roku ) trawą pagórki. Widoki niczym z parku jurajskiego, a na około błękitne morze.

Zmierzaliśmy w kierunku wyspy Rinca, gdzie odbyć mieliśmy pierwszy trekking w poszukiwaniu słynnych smoków zamieszkujących wyspę. Przy pomoście zacumowanych było już całkiem sporo łódek, ale takiej maleńkiej jaką kiedyś płynęliśmy ani tutaj, ani nawet w porcie w Labuan Bajo już nie widzieliśmy. Pojawiło się za to wiele łodzi typowo wycieczkowych, oferujących całkiem wygodne prywatne kajuty. Oferta jest całkiem szeroka. Od budżetowych, grupowych wycieczek mniejszymi łódkami, po luksusowe jachty.

Na Rince zapoznaliśmy się z przewodnikiem, który jak się okazało później, znał całkiem sporo słówek po polsku, a wszystkie napotkane po drodze zwierzęta i ptaki nazywał w naszym ojczystym języku. Na wyspie jest kilka dostępnych szlaków trekkingowych różnej długości, ale mam wrażenie, że każdemu turyście narzucają ten sam, średniej długości. 5 lat temu zaproponowano nam dokładnie taką samą trasę.

Lokalni przewodnicy z pewnością wiedzą gdzie danego dnia wygrzewać się w słońcu może jakaś bestia. Oczywiście trzeba być świadomym tego, że nie ma gwarancji na zobaczenie smoka. Nam się udało zobaczyć nawet kilka, a jeden z nich, całkiem pokaźnych rozmiarów nawet nas nieco wystraszył kiedy rozdziawił paszczę i zasyczał gdy koło niego przechodziliśmy😱.

Kiedy weszliśmy na górę widoki rozpościerające się przed nami były całkiem imponujące. Wysokie palmy niemal sięgające chmur, rozlegle tereny i połyskujące w słońcu w oddali morze. Już kiedyś Rinca widokowo spodobała mi się bardziej niż wyspa Komodo. Teraz też tak było.

Po trekkingu na Rince ruszyliśmy w stronę Komodo. To tu oprócz oczywiście smoków znajdowała się kolejna atrakcja, słynna „różowa plaża”, której drobny, lekko różowy piasek pragną zobaczyć i poczuć pod swoimi stopami wszyscy, którzy zdecydowali się przylecieć na Flores. Powiem Wam, że na nas Pink Beach nie zrobiła większego wrażenia, a barwne, mocno podkoloryzowane zdjęcia, które często zobaczyć można na internecie nijak mają się do tego co widzieliśmy w rzeczywistości. Piasek co prawda przy samej wodzie przybiera delikatny odcień różu, ale z pewnością nie tak intensywny jak na wielu instagramowych zdjęciach. Kiedyś dopływaliśmy do niej wpław wyskakując z łodzi, dziś stoi tu całkiem spory pomost, przy którym cumuje wiele łódek. Sporo się zmieniło i znacznie przybyło ludzi. W sezonie potrafi być tu całkiem tłoczno. I pomyśleć, że kiedyś mieliśmy tą plażę tylko dla siebie😊 Warto wspiąć się na wzgórze skąd rozpościera się całkiem ładny widok na całą plażę i okoliczne pagórki.

Okoliczne wody to także całkiem dobre miejsce na snorkeling. Rafa koralowa rozpoczyna się już kilka metrów od brzegu. Dla nas skok do wody z łódki był absolutnym szokiem. Po bardzo cieplutkiej wodzie w jakiej kąpaliśmy się na Sulawesi, tu niby tylko kilka stopni mniej, a wydawała nam się taka zimna. Aż nas wykręciło😂 i nie wytrzymaliśmy zbyt długo. Po orzeźwiającej kąpieli wróciliśmy na łódź gdzie czekał już na nas pyszny obiad, który w takich okolicznościach choć prosty, smakował wyśmienicie😋. Kolejnym i ostatnim już puntem dzisiejszego programu był trekking na słynnej wyspie Komodo. Tutaj było już zdecydowanie bardziej dziko i pusto.

Zapoznaliśmy się z kolejnym przewodnikiem i ruszyliśmy w teren.  Waran z Komodo potocznie nazywany smokiem to największa współcześnie żyjąca jaszczurka. Dorosły osobnik osiąga rozmiary nawet do ponad 3 metrów i osiąga wagę około 80-90 kg. Samice są nieco mniejsze, ale to również duże i groźne bestie. Szacuje się, że w Indonezji na wyspach Archipelagu Sundajskiego żyje ich około 6 tysięcy, z czego większość właśnie na Komodo, sąsiedniej Rince oraz Flores. Lepiej z nimi nie zadzierać bo to drapieżne i niebezpieczne bestie. Odnotowano już niestety kilka śmiertelnych ataków na ludziach, a podczas pierwszej wizyty mogliśmy sami zobaczyć jednego z groźniejszych osobników, który kilka miesięcy wcześniej zaatakował dwóch strażników. Został naznaczony i wywieziony na inną wyspę, lecz po pewnym czasie postanowił wrócić. Co ciekawe, smoki z Komodo stwarzają zagrożenie nie tylko dla innych ale i samym siebie… są kanibalami. Szczególnie narażone są młode osobniki. Matka po złożeniu jaj pilnuje zawzięcie aby po tuż po wykluciu porzucić. Młode muszą uciekać wysoko na drzewa aby nie zostać zjedzone nawet przez własnych rodziców. Nam podczas trekkingu na Komodo udało się zobaczyć kilka smoków ( jednego którego nawet sfilmowaliśmy jak zmierza w naszym kierunku ) zobaczyliśmy oraz inne zwierzęta takie jak dzikie świnie, bawoły i jelenie.

A to nie był koniec wrażeń na dzisiejszy dzień. Po opuszczeniu Komodo popłynęliśmy w nieznanym nam kierunku, aby tuż po zachodzie słońca zakotwiczyć gdzieś w zacisznym miejscu osłoniętym przez górzyste wyspy. Kiedy zapadł zmrok, a na niebie ukazało się tysiące migoczących gwiazd i lekko dostrzegalna droga mleczna zrobiło się tak spokojnie i cicho. Jedynie gdzieś w oddali widać było światła innych łodzi.

Zjedliśmy kolację, a potem nastał czas świętowania Toyana 19-tych urodzin. Widać że chłopak bardzo je przeżywał i cieszył się, że może spędzić je tutaj z nami. Impreza urodzinowa była przedziwna😅 Zaczęło się od modlitwy, a my siedzący po jego bokach mieliśmy odgrywać rolę jego rodziców😂. Santi wzięła do ręki trochę pianki z tortu i wysmarowała bratu buzię. Potem odkroiła kawałek ciasta i podała mu do buzi. Następnie Toyan próbował podsunął nam do buzi łyżkę z tortem. Wyobraźcie sobie nasze miny😳 To była dla nas przedziwna, wręcz komiczna sytuacja. Ale może tu to taki zwyczaj? My czuliśmy się nieco dziwnie, ale ogólnie było bardzo wesoło. Ciekawe przeżycie😅. Wypiliśmy wspólnie po piwku i położyliśmy się spać dość wcześnie.  A tak wyglądało nasze posłanie 🙂

Powiem Wam, że całkiem wygodne i spało nam się tu naprawdę dobrze. Przykładając głowę do poduszki momentalnie zasnęłam. Pobudka nastąpiła bardzo wcześnie rano kiedy było jeszcze totalnie ciemno. Już przed 5.00 ruszyliśmy dalej, aby skoro świt znaleźć się przy słynnej wyspie Padar i zaraz po pięknym wschodzie słońca zacząć wchodzić na jej szczyt.

Im wyżej tym piękniejsze widoki rozpościerały się przed nami. Powiem Wam, że trafiliśmy na dość dobry moment, bo wchodząc mijaliśmy grupki ludzi, którzy najwidoczniej byli na szczycie już podczas wschodu słońca ( to musiał być też cudowny widok ), a teraz z niego schodzili, więc kiedy znaleźliśmy się na górze mogliśmy cieszyć się tym niesamowitym widokiem bez tłumów.

A rzeczywiście jest co podziwiać. I uwierzyć, że za pierwszym razem nieświadomi ominęliśmy takie miejsce😱. Warto było wrócić na Flores choćby dla takiego widoku😍.

Po zejściu z powrotem przyszedł czas na skromne, ale pyszne śniadanko. Na sam widok smażonych w cieście bananów aż zaburczało mi w brzuchu 😉 Słońce zdążyło już wznieść się wyżej, wiatr który towarzyszył nam poprzedniego dnia ustał i zrobiło się naprawdę przyjemnie. Wyłożyliśmy się na dziobie, aby się wygrzać i poopalać.

Niewątpliwą zaletą prywatnej łódki jest to, iż dziób ma się tylko dla siebie, a wiadomo, że gdyby było nas więcej wszyscy by się tutaj nie zmieścili. Płynęliśmy w kierunku miejsca nurkowego o nazwie „manta point”. To tu mieliśmy nadzieję zobaczyć ogromne, czarne manty, o których długo marzyliśmy. Co prawda w jednym z centrów nurkowych powiedziano nam, że teraz to nie sezon na nie, ale nie ukrywam, że i tak mieliśmy ogromną nadzieję. Siedzieliśmy ubrani w sprzęt do snorkelingu w oczekiwaniu na znak i w gotowości do skoku. Nagle po pewnym czasie ktoś z załogi dostrzegł jedną mantę i krzyknął do nas abyśmy szybko wskoczyli do wody. I rzeczywiście była😍 płynęła sobie samotnie głęboko przy samym dnie. Może to też siła prądów, ale mimo że płynęła tak spokojnie, oddalała się od nas bardzo szybko. Bardzo się musieliśmy namachać, aby za nią nadążyć. Po chwili zniknęła nam z zasięgu wzroku. Wróciliśmy na łódź, aby wypatrywać kolejnych, jednak z mizernym skutkiem. Nagle w oddali dostrzegliśmy niewielką kupkę białego piasku otoczoną cudownie błękitną, płytką laguną.

W tym momencie zapomnieliśmy o mantach😅, jedna nam już wystarczyła. I choć Taka Makassar nie było w programie naszej wycieczki, poprosiliśmy kapitana, aby podpłynął bliżej. Kiedy zbliżaliśmy się do sand banku i malutkiej wysepki znajdującej się nieopodal niego, przecieraliśmy oczy z zachwytu nad tym cudownym kolorem wody.

Czy nie wygląda to podobnie jak na Malediwach? Tylko widoki w oddali nieco inne 😉 Kiedy Adrian filmował te piękne widoki z góry, ja nie mogłam ulec pokusie i wskoczyłam do wody aby dopłynąć do tej cudnej kupki piasku i choć na chwilę postawić na niej własną stopę. Biały, miękki piasek mieszał się z drobinkami różowego koralu. I uwierzyć, że niemal ominęlibyśmy takie miejsce😱  Byłam totalnie zachwycona😍 W życiu bym się nie spodziewała, że takie miejsce znajdziemy na Flores.

Powoli zmierzaliśmy już w kierunku Labuan Bajo, jednak to nie był koniec dzisiejszych atrakcji. Jednym z ostatnich punktów naszej wycieczki była wyspa Kanawa, która słynie z długiej piaszczystej plaży, krystalicznie czystej wody i całkiem fajnej rafy koralowej którą można oglądać już niedaleko brzegu. Na Kanawie znajduje się jeden skromny „resort” więc jeżeli naszłaby Was ochota na ucieczkę od zatłoczonego miasta, to tutaj możecie się zaszyć. Z tego co zdążyliśmy zauważyć, warunki tu są bardzo skromne, a standard domków nieadekwatny do ceny. Sama wyspa nie zachwyciła nas zbytnio. Tym bardziej latem, w porze suchej, kiedy trawa jest mocno wysuszona, nie prezentuje się zbyt pięknie.

Potrafi tu być też całkiem tłoczno, bo jednak oprócz gości resortowych, sporo jedno lub kilku-dniowych wycieczek uwzględnia przystanek na wyspie w swoim programie. Woda przy brzegu jest jednak cudownie błękitna i krystalicznie czysta. Podobno czasami podpływają tu płaszczki czy rekinki, ale nam się tym razem nie poszczęściło i oprócz kawałków rafy, kolorowych rybek i rozgwiazd niczego większego nie zobaczyliśmy.

Po krótkim snorkelingu wróciliśmy na łódkę, aby popłynąć w ostatnie już miejsce, na Angel Island. Snorkelig tutaj też był całkiem fajny i woda jakby odrobinę cieplejsza😅.  Udało nam się zobaczyć dwie kałamarnice i malutkiego rekinka. Odpoczęliśmy sobie chwilę na plaży łapiąc ostatnie promyki słońca, po czym nadszedł czas powrotu do miasteczka i co za tym idzie, koniec naszej fantastycznej, morskiej wycieczki. Warto było tu wrócić i cieszę się, że po raz kolejny zdecydowaliśmy się na prywatną łódkę. Mimo iż wychodzi to drożej niż zorganizowana wycieczka, to ma się o wiele lepszy komfort, niezależność i…. miejsce na dziobie 😉  I tym razem smoki nas nie zawiodły i ukazały się nam w pełnej krasie😊, mantę… choć tylko jedną,  udało się zobaczyć, a widoki zarówno z Padar jak i przy Taka Makassar wprost zachwycające😍 Zresztą ja to uwielbiam samo przebywanie na łodzi, kiedy słońce przygrzewa, a morska bryza przyjemnie chłodzi.😊 W takich momentach nie przeszkadzają mi sklejone od morskiej soli włosy, czy brak prysznica i czystej, słodkiej wody. Dwa dni, a nawet i więcej bez problemu można tak przetrzymać, bo przy takich widokach i wrażeniach zapominasz o wszystkich niedogodnościach. Liczy się tu i teraz, i ta niesamowita przygoda, którą właśnie przeżywasz😊

Informacje praktyczne:

  • Za prywatny dwudniowy rejs z noclegiem na łodzi dla naszej dwójki zapłaciliśmy 5.5 miliona rupii w szczycie sezonu. W cenie zawarte są 4 posiłki ( śniadanie, dwa obiady oraz kolacja ) a także woda mineralna. Cena nie zawiera opłaty za wstęp do Parku Narodowego Komodo oraz opłaty za wstęp na wyspę Kanawa. Dla porównania, podobna zorganizowana wycieczka licząca 10-12 osób kosztuje 900.000 IDR za osobę. Jednodniowe zorganizowane wycieczki to koszt około 500.000 IDR za osobę. Do każdej należy doliczyć opłatę za wstęp na teren parku narodowego.
  • Opłata za wstęp do Parku Narodowego Komodo wciąż ulega zmianie i zależy od dnia tygodnia ( niedziela drożej ). My będąc w niedziele płaciliśmy 380.000 IDR za osobę plus 80.000 IDR za naszą dwójkę dodatkowo za przewodnika na wyspie Komodo
  • Wstęp na wyspę Kanawa kosztował 100.000 IDR za łódź
  • Miejsca które możemy polecić na nocleg w Labuan Bajo to: położony na wzgórzu z widokiem na przystań Bayview Gardens Hotel ( ich najlepszy Master Harbour Suite jest piękny ), położony w samym sercu Labuan Bajo klimatyczny i nie drogi  LePirate Hotel ze świetną restauracją oraz barem, a także unikatowy LePirate Boatel, czyli hotelo-łódka zacumowana w spokojnej zatoce niedaleko miasta.