„A co Wy będziecie robić na tej bezludnej wyspie?” – pytali znajomi. No jak to co?! Wygrzewać się na białym piasku w promieniach słońca. Wdrapywać na palmę, aby zerwać kokosa. Przemierzać lagunę wypatrując George’a. Ganiać kraby na plaży i udawać dzikusa. Robić całe mnóstwo zdjęć i filmów. Po prostu cieszyć się tym, że znaleźliśmy się w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi?

W tak cudownym miejscu jak One Foot Island na Aitutaki mogłabym po prostu siedzieć na plaży w cieniu palm, popijać świeżego kokosa i podziwiać widoki. Ta malutka, tropikalna wysepka jest tak zjawiskowo piękna, że aż trudno uwierzyć, że istnieje naprawdę. Zresztą nie tylko ona, bo sąsiednie dzikie wysepki także.

Gdzie znajduje się One Foot Island

One Foot Island to wizytówka Wysp Cooka. Zjawiskowo piękna?

Ta niewielka wyspa, która wraz z innymi, sąsiednimi wysepkami tworzy tzw. motu, znajduje się po południo – zachodniej stronie Aitutaki na Wyspach Cooka. Całość otacza rozległa, krystalicznie czysta laguna, która w blasku słońca przybiera niewiarygodnie piękne odcienie błękitu, turkusu i seledynu.

Mc Birney House – jedyne zakwaterowanie na One Foot Island

Na wyspie oprócz kota, dwóch goniących się ciągle kogutów i jednej kokoszki, nikt na stałe nie mieszka. One Foot Island to totalnie dzika wyspa. Cała gęsto porośnięta mnóstwem palm kokosowych?. Turyści przypływają tu jedynie na dłuższą chwilę podczas całodniowego rejsu po lagunie. Jednak większość z nich nie wie ( nawet będąc tutaj ), że na wysepce znajduje się jeden domek, w którym można zamieszkać. Kiedy dawno temu wpadliśmy na informacje o jego istnieniu, spędzenie nocy na One Foot Island stało się naszym marzeniem. Gdy tylko kupiliśmy bilety lotnicze na Wyspy Cooka chyba domyślacie się co zrobiliśmy najpierw. Kobieta pracująca w nowozelandzkim biurze turystycznym, które chyba jako jedyne udostępniało ten obiekt na swojej stronie, pewnie nieco się zdziwiła kiedy zasypywaliśmy ją mailami na temat domku na niemal 9 miesięcy przed planowanym przylotem?. Ale sami pewnie wiecie, takie odległe miejsca jak Wyspy Cooka odwiedza się prawdopodobnie raz w życiu.

McBirney House ( od nazwiska właściciela ) to prosty, dwu piętrowy, drewniany domek ukryty w gąszczu palm tuż przy plaży.

Co prawda warunki są tu dość podstawowe ( brak prądu i bierzącej wody ), jednak widoki jakie rozpościerają się z tarasu są warte miliony $$$. Zresztą popatrzcie sami?

Cały domek jest eco i takie właśnie było zamierzenie właściciela…nie ingerować w naturę. Woda do mycia pochodzi z deszczówki. Na parterze znajduje się łazienka i kuchnia ( z kuchenką gazową ), a na piętrze przestronna sypialnia ( która pomieści 4 osoby ) oraz dość duży taras. Do dyspozycji mamy także dwa pojedyncze kajaki, dzięki którym możemy bez problemu dostać się na sąsiednie wyspy oraz sand banki. Właściciel zadbał też o to, aby po zmroku nie zabrakło nam światła. W całym domku znajdowało się dużo świec i latarek. Trochę jedzenia, które przywieźliśmy tu ze sobą schowaliśmy do dużej, turystycznej lodówki, a Andrew zostawił nam cały baniak z wodą do picia. W przypadku dłuższego pobytu kwestie dostarczania jedzenia można bez problemu ustalić z właścicielem, a obiady w formie bufetu jadać wraz z turystami, którzy przypływają tu w ramach jednodniowej wycieczki.

Co można robić na bezludnej wyspie?

Jeśli ktoś pomyśli, że na bezludnej wyspie nie ma co robić, będzie w wielkim błędzie. Uwierzcie mi, przez dwa dni pobytu tutaj nie było czasu na nudę. Żałowaliśmy nawet, że nie zarezerwowaliśmy choć jednej nocy więcej. Chodząc dość szybko spać, wstawaliśmy skoro świt, aby podziwiać przepiękny wschód słońca. Takich intensywnych pomarańczowo-czerwonych barw jakie ukazywały się na niebie nie widziałam jeszcze nigdzie indziej. Poranna kawka w takich okolicznościach smakowała wręcz wyśmienicie.

Śniadanko w formie owsianki z owocami jedliśmy sobie siedząc na ganku wpatrując się połyskującą w blasku słońca lagunę, która przybierała coraz to intensywniejsze kolory.

Z rana, zanim jeszcze przypłynęli turyści, chwytaliśmy za aparat, aby uwiecznić to piękne miejsce. Adrian stworzył dla mnie nawet odpowiednie wdzianko, abym mogła wtopić się w otoczenie i poczuć jak rozbitek na tropikalnej wyspie?.

Później wskakiwaliśmy na kajaki i pływaliśmy po lagunie. Woda była tak przejrzysta, że nawet nie trzeba było zanurzać głowy, aby zobaczyć to co znajduje się na samy dnie.

Dopływaliśmy sobie do dużego sand banku, który znajdował się niedaleko. Spacerowaliśmy i szukaliśmy muszelek oraz siadaliśmy na bielutkim, koralowym piasku mocząc nogi w wodzie. Nie mogliśmy uwierzyć, że może ona przybierać tak piękne kolory.

Gdy około południa zaczynały przypływać pierwsze łódki, zwykle pojawiały się także ogromne ryby z gatunku Giant Trevally Fish ( po polsku karanks ), które zamieszkują ciepłe wody Pacyfiku?.

Snorkeling z nimi to jedna z atrakcji rejsu po lagunie. Największe osobniki osiągają wymiary nawet do 1.5 metra długości. Tutejsze dość dobrze zaprzyjaźniły się z ludźmi, a jeden z największych osobników nazwany przez lokalnych Goerge pozwala się nawet pogłaskać w zamian za kawałek świeżej rybki.

Ponadto w tutejszych wodach można zobaczyć także największe małże świata ( przydacznia olbrzymia ), które osiągają rozmiary do nawet 1.5 metra szerokości. Kilka z nich mogliśmy zaobserwować zaledwie kilka metrów od brzegu.

Choć zabraliśmy ze sobą trochę jedzenia, skusiliśmy się aby zjeść lunch wraz z turystami przypływającymi tu podczas rejsu po lagunie. Świeży grillowany tuńczyk, różnego rodzaju sałatki, warzywa, owoce, a nawet słodkości. Wszystko świeże i pyszne? Taki posiłek w formie bufetu kosztował jedynie 20 NZD od osoby… aż szkoda by było nie skorzystać.

Kiedy na wysepkę przypływają turyści otwierana jest także najmniejsza poczta jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Można wtedy otrzymać unikatową pamiątkę w postaci stempla w kształcie stopy wbijanego do paszportu oraz wysłać pocztówki z życzeniami z końca świata do rodziny i znajomych?

Po pysznym lunchu popitym zimnym piwkiem wracaliśmy do siebie przed domek, aby chwilkę powygrzewać się na słońcu na rajskiej plaży. O dziwo mimo kilku łódek, które każdego dnia przypływały tu z grupką turystów, nasza mała plaża tuż przy samym domku była wciąż bardzo kameralnym miejscem.

Większość z przyjezdnych nie zapuszczała się dalej niż 50 metrów od zacumowanych łodzi. Nie mieli nawet pojęcia o istnieniu tego domku i o tym, że ktoś mógłby tutaj mieszkać. Zresztą na One Foot Island byli tylko dłuższą chwilę. Już po 15.00 wszyscy odpływali, a my mieliśmy ten rajski skrawek lądu znów tylko dla siebie. Cieszyliśmy się nim jak dzieci. Ganialiśmy za krabami po plaży i wdrapywaliśmy się na palmę, aby zerwać kokosy.

Robiliśmy mnóstwo zdjęć i filmowaliśmy wszystko z góry na tyle ile wystarczyło nam baterii w dronie. Po południu znów wskakiwaliśmy na kajaki i pływaliśmy po lagunie. Woda robiła się coraz bardziej spokojna, a słońce powoli chyliło ku zachodowi. Podpływaliśmy do znajdującej się na przeciwko większej, gęsto zarośniętej palmami wyspy. Już przy samym jej brzegu rosły palmy kokosowe, jedna przy drugiej, tworzące niesamowitą tropikalną dżunglę.

Nawet po południu, tuż przed zachodem słońca kolor wody był wręcz niesamowity. Aż nie mogliśmy się mu nadziwić. Uwielbiałam pływać kajakiem po lagunie właśnie o tej porze. Było tak spokojnie i cicho. Szkoda, że słońce zachodzi tu tak szybko, a dni są takie krótkie. Teraz wiem, że mogłabym tu spędzić conajmniej tydzień. Taka ucieczka od cywilizacji, od pędzącego świata, od telefonu i internetu. Takiej odskoczni, wyciszenia i nabrania dystansu właśnie nam czasami potrzeba. A już tym bardziej kiedy można uciec od świata i zaszyć się w tak pięknym miejscu na ziemi.

O zachodzie słońca siadaliśmy u góry na tarasie i popijaliśmy drinka. Myśleliśmy o tym, że kiedyś znalezienie się w tym miejscu było jedynie cichym marzeniem… dziś stało się cudowną rzeczywistością.

Informacje praktyczne

Jak dostać się na One Foot Island✈️?

Dotarcie na przepiękną One Foot Island jest bardzo czasochłonne. Najpierw musimy oczywiście przylecieć na Rarotongę, największą wyspę należącą do archipelagu Wysp Cooka. Bezpośrednie loty odbywają się tylko z Los Angeles, Sydney i Auckland. Następnie malutkim śmigłowcem polecieć na Aitutaki. Jedyne linie, które obsługują połączenie pomiędzy Rarotongą a Aitutaki to AirRarotonga. Krótkie, około 45 minutowe loty pomiędzy wyspami, odbywają się kilka razy dziennie. Koszt takiego połączenia to około 1000 zł w obie strony.

Następnie do wyboru macie kilka opcji. Możecie odwiedzić wysepkę podczas jednodniowego rejsu po lagunie, który stanowi najbardziej popularną atrakcję na Aitutaki. Koszt takiej wycieczki ( wraz z lunchem) to około 100 NZD. Kolejną opcją jest wykupienie samego transferu na wyspę. Będziecie mogli wtedy spędzić na niej kilka godzin. Koszt samego transferu w obie strony to około 60 NZD za osobę. Ostatnia z opcji, którą oczywiście polecamy najbardziej, to zarezerwowanie noclegu w McBirney House i pozostanie na wyspie choć dwie ( minimalny wymagany pobyt ) noce. W tym przypadku przez większą część czasu ta rajska wysepka będzie cała Wasza 🙂 Transfer najlepiej uzgodnić wtedy bezpośrednio z właścicielem domku.

Koszt pobytu na One Foot Island?

Za pobyt w McBirney House na One Foot Island płaciliśmy 250 NZD za dobę. Nocleg rezerwowaliśmy ze strony Turama Pacific. Minimalny wymagany pobyt to dwie noce. Transfer na wyspę ustalaliśmy bezpośrednio z właścicielem domku. Za łódkę tam i z powrotem zapłaciliśmy 200 NZD za naszą dwójkę. Wrażenia z pobytu…. bezcenne 🙂